Wystąpiły następujące problemy:
Warning [2] Undefined array key "cache_store" - Line: 80 - File: inc/class_datacache.php PHP 8.2.32 (Linux)
File Line Function
/inc/class_error.php 157 errorHandler->error
/inc/class_datacache.php 80 errorHandler->error_callback
/inc/init.php 182 datacache->cache
/global.php 20 require_once
/printthread.php 16 require_once
Warning [2] Undefined variable $unreadreports - Line: 48 - File: global.php(961) : eval()'d code PHP 8.2.32 (Linux)
File Line Function
/inc/class_error.php 157 errorHandler->error
/global.php(961) : eval()'d code 48 errorHandler->error_callback
/global.php 961 eval
/printthread.php 16 require_once
Warning [2] Undefined property: MyLanguage::$archive_pages - Line: 2 - File: printthread.php(287) : eval()'d code PHP 8.2.32 (Linux)
File Line Function
/inc/class_error.php 157 errorHandler->error
/printthread.php(287) : eval()'d code 2 errorHandler->error_callback
/printthread.php 287 eval
/printthread.php 117 printthread_multipage



Związek Winkulijski
Wyprawa do Królestwa Aryunu - Wersja do druku

+- Związek Winkulijski (https://archiwum.nordata.org)
+-- Dział: Kraje Koronne (https://archiwum.nordata.org/forumdisplay.php?fid=15)
+--- Dział: Winkulia (https://archiwum.nordata.org/forumdisplay.php?fid=936)
+---- Dział: Komitat Albioński (https://archiwum.nordata.org/forumdisplay.php?fid=585)
+----- Dział: Gospodarka (https://archiwum.nordata.org/forumdisplay.php?fid=602)
+------ Dział: Liga Morska i Kolonialna (https://archiwum.nordata.org/forumdisplay.php?fid=324)
+------- Dział: Kolonie (https://archiwum.nordata.org/forumdisplay.php?fid=616)
+-------- Dział: Aryun (https://archiwum.nordata.org/forumdisplay.php?fid=915)
+-------- Wątek: Wyprawa do Królestwa Aryunu (/showthread.php?tid=4988)

Strony: 1 2


RE: Wyprawa do Królestwa Aryunu - Artur Kardacz - 13 Jan 2024

Grupa sir. Franklina nieustannie parła naprzód, przedzierając się przez bagna, gęste zarośla i wszelkie przeszkody, jakie stawiała przed nimi wyspa. Morale wśród ludzi było beznadziejne. Wielu członków załogi miało już dość ciągłej wędrówki. W ich oczach misja straciła już sens, a sir. John Franklin popełnił błąd. On sam jednak nie dopuszczał do siebie takich myśli. Uparcie wierzył, że zaraz za pagórkiem, kolejnym kilometrem odnajdzie przejście i chwałę. Taką wiarę podzielał tylko jego adiutant, młody kpt. Fitjames. Franklinem znają się od kilku dobrych lat. Fitjames został przydzielony do starego admirała w ramach nauki. Admiralicji Ligi jest przekonana, że po odbyciu szkoły marynarskiej i oficerskiej ci najzdolniejsi powinni odbywać szkolenia przy doświadczonych dowódcach. Młody kapitan spędził u boku sir. Johna pięć lat, towarzysząc mu przy wielu podróżach i przygodach. Teraz adiutant był jedynym spoiwem trzymającym załogę w ryzach. Podczas nocnego obozu większość z ludzi cicho szeptała o buncie, nie chcieli wszak ginąć z powodu niezaspokojonych ambicji. Po wielu dniach wędrówki grupa powróciła na pozycje wyjściowe. Rozległe bagna uniemożliwiały im dalsze posuwanie się na południe. Musieli więc wrócić na północ i skierować się ku zachodowi, tak aby móc ominąć rozlewiska. Podróż nie szła po ich myśli. Coraz bardziej brakowało żywności, i gdyby nie genialny pomysł kaprala Abramsa, aby wysłać grupy w poszukiwaniu żywności, najprawdopodobniej już dawno załoga skazana byłaby na głodówkę. Przez niektórych sir. John nazywany jest "buciorem". Ma to związek z jego niepowodzeniem podczas jednej z wypraw. Wtedy to, skazani na głodowanie, ludzie Franklina, jak i on sam, jedli własne, wygotowane, skórzane buty. Teraz demony przeszłości znowu pojawiły się przed oczami Admirała. Na domiar złego, załoga straciła łączność z centrum dowodzenia w Kacperpolis, co dodatkowo komplikowało ich już i tak złą sytuację. Przesuwając się naprzód, w pewnym momencie dotarli do dziwnego kręgu wysokich kamieni. Na środku nich stał ogromny posąg przedstawiający jakąś postać. Wśród ekspedycji badawczej znajdowało się kilku archeologów i badaczy. Podnieceni od razu zaczęli badać kamienie.
- Nigdy czegoś takiego nie widziałem. To niezwykłe. Najprawdopodobniej to pozostałości po jakiejś cywilizacji. - mówił jeden z archeologów.
Nikt nie spodziewał się jednak przykrych konsekwencji ich postoju. Nie minęła chwila, gdy przed badaczami pojawiła się dziwna postać. Zupełnie nagi mężczyzna ze skórą wilka na plecach. Warcząc, patrzył na badaczy złowrogo. Zdezorientowani nie byli gotowi na szybki, szaleńczy atak. Napastnik powalił dwóch ludzi, dotkliwie ich raniąc. Dopiero kpt. Fitjames zabił napastnika trzema strzałami w klatkę piersiową. Sir. John błyskawicznie wydał rozkaz, aby opatrzyć rannych i zebrał swoich żołnierzy. Nie ukrywał roztrzęsienia.
- Co to miało być do jasnej cholery?!
- Wygląda na to, że nie jesteśmy sami się. - odpowiedział mu Fitjames - na tych terenach muszą żyć jacyś ludzie, a to. - kapitan wskazał na krąg kamieni. - wygląda mi na jakieś miejsce kultu.
Na jego słowa jeden z żołnierzy kiwnął głową.
- Widywałem już takie miejsca. Podczas pobytu w Kacperpolis ludzie mówili, że te tereny zamieszkuje jakiś dziki i niebezpieczny lud. Część z nich zwą Ulfhednarami.
- A więc mieliśmy szczęście, że trafiliśmy tylko na jednego. - rzucił sir. John patrząc na ciało zabitego szaleńca.


RE: Wyprawa do Królestwa Aryunu - Artur Kardacz - 04 Jun 2024

Aryun nie ułatwiał marszu. Gęsto rosnące drzewa uniemożliwiały swobodną podróż i orientację. Wszystko zlewało się w całość, toteż grupa co i raz błądziła i zbaczała z kursu. Gęstwina ciągnęła się tak przez dobre kilkadziesiąt kilometrów. Wreszcie pod koniec trzeciego dnia grupa wyszła na wolne pole. Rozciągła się teraz przed nimi naga równina, porośniętą trawami i niskimi krzakami. Gdzieś po środku, oddalona o kilka kilometrów, widniała wydeptana ścieżka. Ludziom Franklina jakby zrobiło się lżej. Uradowani rzucili się w swoje ramiona, krzycząc i wiwatując. Jedynie sir. Franklin zachował spokój. Ścieżka prowadziła na wschód ku majaczącym w oddali górom. To oznacza, że grupa zbyt bardzo odbiła na zachód, co znacząco oddaliło ją od celu. Musieli jednak nadłożyć drogi. Bagna Aryunu były nie do przejścia. Trzeba było odbić na zachód i kierować się na południe z nadzieją, że jakimś cudem odnajdą ścieżkę. Poraz pierwszy w swojej karierze Franklin mógł wreszcie liczyć na szczęście. Poprowadził swoich ludzi na gościniec i po dotarciu rozbili tam obóz. Wreszcie ekspedycja zaczynała się układać. Teraz wystarczyło ścieżką ruszyć ku górom Irkunu i odnaleźć przejście. Franklin przewidywał, że to zadanie nie powinno być trudne. Ścieżka wyglądała na regularnie uczęszczaną co oznacza, że musi prowadzić ona do przejścia. Uradowany nie sądził jednak, że na jej końcu mogą spotkać coś jeszcze gorszego niż błoto, głód i komary.


RE: Wyprawa do Królestwa Aryunu - Artur Kardacz - 11 Jul 2024

Grupa żwawo ruszyła ścieżką przed siebie. Przez trzy następne dni poruszali się w dobrym tempie, pozwalając sobie na chwilę popasu. Góry Inkuru, majaczące dotychczas w oddali, zbliżały się i ukazywały swoją wielkość. Czwartego dnia grupa dotarła do rozdroży. Sir. Franklin stanął przed trudnym wyborem. Przed sobą miał dwie ścieżki. Obie prowadziły na wschód, lecz jedna z nich łukiem zmierzała ku południu i ginęła w gęstym lesie. Druga ścieżka była bardziej widoczna. Biegła przez równinę i dopiero w oddali znikała za zasłoną gęstych traw i krzewów. Na nic zdały się stare mapy. Dowódca wyprawy musiał zaryzykować i dokonać wyboru. Pierwsza ścieżka, z początku odkryta i dobrze widoczna, zdawała się prostym wyborem. Sir. Franklin nie miał jednak pewności, czy ścieżka u kresu nie odbija na północ wzdłuż gór. Po namyśle zdecydował ruszyć drugą drogą. Nie zważając na głosy buntu poprowadził swoich podkomendnych w las. Maszerowali teraz przez ściśniętą ścieżkę, z obu stron porośniętą grubymi krzakami. Optymizmu dodawały ledwie widoczne ślady kół, jakby ktoś przed paroma dniami tędy przejeżdżał. Grupa przebijała się przez duszny las, próżno wypatrując wyjścia. W nocy rozbili obóz. Oddalili się nieznacznie od gościńca i odnaleźli małą polankę. Tam rozpalili ognisko i rozłożyli namioty. Łączność wciąż nie działała i nie było szans na połączenie się z główną bazą. Racji żywnościowych również zaczynało brakować, toteż Franklin pozwoli na skąpą kolację. Po posiłku większość osób poszła spać. Dla bezpieczeństwa Fitjames rozkazał dwum ludziom pełnić wartę. Noc była spokojna, chociaż zwiadowcy donieśli o dziwnych odgłosach dochodzących z lasu. Jakby pod obozowisko podchodziła dzika zwierzyna. O brzasku grupa wróciła na ścieżkę i kontynuowała marsz na wschód. Ścieżka, początkowo kierującą się na południe, znowuż zwróciła się na północ i gnała w lini prostej ku górom. Poraz drugi szczęście dopisało staremu Franklinowi. Jednak nawet jego szczęście miało swój koniec. Po przebyciu kilku kilometrów grupa wpadła w dobrze zorganizowaną zasadzkę. Wojownicy w wilczych skórach zaatakowali z dwóch stron. Sir. John nigdy dotąd nie widział ludzi walczących z taką furią. Bywało, że rozszaleni napastnicy walczyli między sobą. Potyczka nie trwała długo. Z piętnastoosobowej grupy pozostał jedynie sir. John, kpt. Fitjames i stary nawigator Hose. Jenców wojownicy powlekli do osady w lesie, otoczonej wysokim, drewnianym murem. Wewnątrz palisady znajdowały się domy, warsztaty, stodoły i zagrody. Z kolei na samym środku górował ogromny budynek w kształcie łodzi. Przez dach ku górze wydobywał się gęsty dym. Z wnętrza budynku dochodziły głośne śmiechy, muzyka i wrzaski. Wojownicy wprowadzili ocalałych do środka, pod samo oblicze tutejszego wodza. Franklin z obrzydzeniem oglądał się na zebranych wokół ludzi. Większość była brudna i zarośnięta. Wstrętny odór potu, jadła i psich szczyn roznosił się po całej izbie. Wszyscy gapili się na nich z zaciekawieniem. Szczególnie mali chłopcy, krzątający się między dorosłymi. Nagle wódz przemówił, jednak nikt z grupy nie znał jego języka. 
- hverjir eruð þið hundasynir? - zapytał ponownie mężczyzna, tym razem przybierając groźniejszą pozę.
- wybacz miłościwy Panie - zmusił się do uprzejmości Franklin. Nie zwykł do porozumiewania się z dziukasami w taki sposób - lecz nie rozumiemy.
Wódz kiwnął ze zrozumieniem głową i  wskazał na jednego ze swoich. Gestem ręki przywoływał go i ten podszedł do Franklina.
- småkungar pyta kim jesteście - odparł mężczyzna.
Z wyglądu niczym nie wyróżniał się od pozostałych. Był wysoki, miał krótkie jasne włosy i bladą cerę. Zdziwiło Johna, że ten dzikus potrafi porozumieć się z nim.
- odkrywcami z dalekich stron - podjął po chwili - przybyliśmy tutaj handlować.
Mężczyzna momentalnie przełożył odpowiedź swojemu wodzowi. Ten zaśmiał się głośno i przechylił duży kufel.
- mieliśmy już tutaj kupców - odpowiedział mężczyzna, przekładając słowa wodza - mieli małe kutasy i nie potrafili pić.
Na te słowa Småkungar wstał z krzesła, ściągnął spodnie i zaczął machać przyrodzeniem na wszystkie strony. John ledwo powstrzymał obrzydzenie, choć wyczyn wodza przypadł do gustu jego współplemieńcom. Wrzawa nie trwała długo i wódz ponownie zajął swoje miejsce. Rozmowa między nim a sir. Johnem trwała jeszcze długo. Życie członków grupy wisiało na włosku i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Po skończonej zabawie odesłano ich do jednego z domów i zamknięto.