30 Dec 2019, 01:39:19
Odc. 5
"Groza"
Podróż do mostu zajęła im dwa dni. Od momentu zabicia rannej kobiety przez Wilarda nikt nie odzywał się do siebie. Sam Benjamin podświadomie wiedział jak czuł się Kurtz. Była noc gdy dotarli do mostu Ugati, lekkie lampki oświetlały przejście na drugi brzeg rzeki. Trwało ogromne poruszenie, żołnierze strzelali, wybuchały bomby i granaty. W wodzie było pełno ciał... lecz nie tylko. Zdesperowani żołnierze chcieli wejść na pokład łodzi, błagali aby ich zabrano.
- dobij do brzegu Wodzu - odezwał się Wilard - pójdę sie czegoś dowiedzieć i może znajdę dla was ropę - dodał
- dobrze kapitanie - odpowiedział sucho Philips - Lancy! - krzyknął - idź z kapitanem Wilardem - rzucił do niego - tylko wróć szybko!
Po paru minutach byli już na brzegu. Wilard i Lancy zeszli na ląd i wolnym krokiem poruszali się do przodu. Lampy z mostu i ogień palących się ciał oświetlał im drogę. Panował tam totalny chaos. Gdy doszli do okupu biegnącego równolegle do linni drzew, spotkali młodego żołnierza.
- wiesz, kto tu dowodzi? - zapytał Wilard
- a nie pan? - odpowiedział pytająco żołnierz
Wilard od razu rozumiał że nic tu nie zdziała. Postanowił iść dalej obok okopu. Lancy wskoczył do rowu i próbował dotrzymać kroku kapitanowi, pod jego stopami znajdowało sie dużo trupów. Gdy jednak ustał na jednego z nich ten się zerwał i złapał młodego szeregowego za nogę
- stanąłeś mi na twarzy! - krzyknął żołnierz
- myślałem że jesteś martwy - odpowiedział przestraszony Lancy i uciekł
- to źle myślałeś - rzucił za uciekajacym Lancym
Wilard i Lancy dotarli do stanowiska karabinu maszynowego. Młody, czarnoskóry mężczyzna bezustannie strzelał w stronę drzew.
- żołnierzu! Kto tu dowodzi? - zapytał ponownie Wilard
- umierajcie skurwiele! - krzyknął operator karabinu - słyszy ich Pan? - odwrócił się do Wilarda i spytał - skurwiele wciąż tam są - dodał - słyszę ich
Obok niego leżał następny młody rekrut. Wilard wskoczył do okopu i usiadł obok niego.
- może wiesz kto tu dowodzi? - zapytał bez nadziei
- myślałem że Pan - odpowiedział chłopak paląc papierosa - heej! Tom! - krzyknął do operatora karabinu - zawołaj Billa
Bill posłusznie wykonał polecenie i pobiegł gdzieś dalej z okopem. Wreszcie Wilard usłyszał krzyczących żołnierzy gdzieś w dżungli. Po paru minutach zjawił się wysoki mężczyzna z wyrzutnią granatów w ręku. Spokojnie wymierzył i wystrzelił. Gdy ładunek wybuchł nastała cisza, strzał był celny. Wilard wstał i podszedł do strzelca
- wiecie kto tu dowodzi? - zapytał
- tutaj? Hah - zaśmiał się wysoki mężczyzna - jak tu tylko strzelam - dodał odchodząc
Po dwudziestu minutach Wilard i Lancy byli znowu na łodzi. Kapitan oznajmił że nie dowiedział się niczego i ruszył dalej sam.
[/hr]
Wilard obudził się w dziwnym pomieszczeniu, jakby kontener. Nie pamiętał co się stało... jedyna myśl jaka przychodziła mu do głowy to że został złapany i ogłuszony. Nagle drzwi do kontenera otworzyły się i Wilard zobaczył łysego, dobrze zbudowanego mężczyznę. Za nim stała duża grupa tubylców z dżungli
- jestem pułkownik Walter Kurtz - powiedział śmiałym głosem - a wy? - zapytał zaciekawiony
- kapitan Benjamin Wilarda sir - odpowiedział posłusznie Wilard
- Wilard... - powtórzył Kurtz jakby szukając czegoś w pamięci - jesteś zabujcą Wilard?
- jestem żołnierzem - zaprotestował kapitan
- ani jednym, ani drugim - powiedział Kurtz - jesteś chłopcem na posyłki wysłanym przez sklepikarzy z zaległym rachunkiem - dodał - będziesz wolny, lecz pod strażą.
Po kilku godzinach zapadła już noc. Wilard i Kurtz siedzieli w niewielkim pomieszczeniu gdzie panował mrok, jedynie niewielka świeca oświetlał pokój. Ledwo widoczna twarz Kurtza wydwała się jeszcze bardziej demoniczna.
- mówili, że pan kompletnie oszalał, a pańskie metody uległy wypaczeniu - zaczął Wilard
- i co, uległy kapitanie? - zapytał Kurtz patrząc się w ledwie widoczną twarz Wilarda
- prawdę mówiąc, nie widzę w tym żadnej metody, sir - odpowiedział zmieszany Wilard
Gdy Wilard wstał Kurtza już nie było. Kapitan wyszedł z pokoju i od razu znalazł się na zewnątrz. W jego stronę szybkim krokiem szedł mężczyzna z aparatem fotograficznym. Po paru chwilach byli już obok siebie
- jestem John - przywitał się facet z aparatem - wreszcie kolejny biały człowiek, można oszaleć z tymi dzikusami - zaśmiał się
- Wilard - odpowiedział kapitan - gdzie ja jestem?
- to? To jest jego miejsce - odpowiedział zdziwiony John - Kurtza, wiesz oni wszyscy myślą że chcesz go zabić.
Dlaczego? Dlaczego taki miły facet jak ty miałby chcieć zabić geniusza? co? Dlaczego? Wiesz, że on naprawdę cię lubi? Lubi cię. Naprawdę cię lubi. Ale coś dla ciebie szykuje. Nie interesuje cię to? Mnie to interesuje. Bardzo mnie to interesuje. Interesuje cię to? Tam się coś dzieje, chłopie. Wiesz co, chłopie? Wiem coś, czego ty nie wiesz. Zgadza się, Wilard..... ten człowiek ma czysty umysł, ale jego dusza oszalała. O, tak. On umiera, chyba. Nienawidzi tego wszystkiego. Nienawidzi! Ale ten człowiek, to… czyta na głos poezję, prawdę. I jego głos… lubi cię, bo wciąż żyjesz. Coś dla ciebie szykuje. Nie, ja ci nie pomogę. Ty pomożesz jemu, chłopie. Pomożesz mu. Chodzi mi o to, co powiedzą, gdy jego już nie będzie. Bo on zginie, gdy to zginie, gdy to zginie... on zginie! Co oni o nim powiedzą? Co powiedzą? Że był dobrym człowiekiem? Że był mędrcem? Że miał plany? Że miał rozum? Gówno prawda, chłopie! I ja im mam to wytłumaczyć? Spójrz na mnie! Spójrz na mnie! Nie! Ty to zrobisz! - powiedział szybko John
Wilard nie rozumiał w jego słowach niczego. Wydawało mu się że jest tak samo szalony jak całe to miejsce. To nie była zwykła dżungla i Benjamin teraz to pojął. Im bardziej zbliżał się do Kurtza, tym bardziej stawał sie jak on.... jak John i reszta.
- ten facet mnie oświecił Wilard - kontynuował John - on jest klasycznym poetą... wojownikiem. Jeśli umiesz trzeźwo myśleć, kiedy wszyscy w koło wariują, znaczy że jesteś wyjątkowy. Ja jestem małym człowiekiem. Ale on, on jest wielki.....
[/hr]
Po zmroku Wilard wszedł do wielkiej sali. Podszedł do ogniska i usiadł, opierając się o ścianę. Nie zauważył Kurtza który był zaraz obok.
- kazali nam szczepić Navisowskie dzieci - przerwał ciszę Kurtz - pojechaliśmy tam. Zaszczepiliśmy je. Przeciwko Heine. A potem wybiegł za nami stary człowiek. Płakał, nie mógł powiedzieć słowa. Wróciliśmy. Navisowscy żolnierze obcieli ręce wszystkim zaszczepionym. Leżały tak, na kupie. Sterta małych rączek. Pamiętam... płakałem... szlochałem jak jakaś baba. Chciałem wyrwać sobie wszystkie zęby. Nie wiedziałem co robić...
- kontynuował - żeby pamiętać, żeby nigdy nie zapomnieć... i nigdy nie zapomniałem. A potem zrozumiałem. To było olśnienie, postrzał diamentową kulą między oczy. Pojąłem ich geniusz.... bo to był geniusz. Wola, żeby coś takiego zrobić. Doskonała, prawdziwa... pełna, nieskażona i czysta. Zrozumiałem, że są od nas silniejsi, bo potrafili to znieść. Nie byli potworami.... to byli wyszkoleni żołnierze. Walczyli całym sercem, mieli rodziny, własne dzieci, potrafili kochać. A jednak mieli siłę, siłę, żeby zrobić coś takiego. Gdybym miał 10 dywizji takich ludzi, nasze kłopoty szybko by się skończyły.... trzeba nam żołnierzy głęboko moralnych Wilard, a jednocześnie zdolnych rozbudzić w sobie pierwotny instynkt zabijania, bez uczuć, sentymentów, bez osądzania. Bo sądząc ponosimy klęskę..... wiem po co tu jesteś..... groz - Kurtza wyciągnął pistolet i strzelił sobie w głowę
Wilard nie wiedząc co robić szybko wstał, po chwili jednak spadło na niego poczucie spokoju, w ułamku sekundy zniknął strach a pojawiło się ciepłe uczucie, jakby szczęścia. Benjamin zauważył że w ręku trzyma naładowany pistolet. Rzucił go na ziemię i wolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia. Gdy był już na zewnątrz zauważył ogromną grupę ludzi przed schodami. Wszyscy wyciągali do niego ręce, wszyscy widzieli w nim Kurtza.......
- groza - powiedział cicho Wilard
"Groza"
Podróż do mostu zajęła im dwa dni. Od momentu zabicia rannej kobiety przez Wilarda nikt nie odzywał się do siebie. Sam Benjamin podświadomie wiedział jak czuł się Kurtz. Była noc gdy dotarli do mostu Ugati, lekkie lampki oświetlały przejście na drugi brzeg rzeki. Trwało ogromne poruszenie, żołnierze strzelali, wybuchały bomby i granaty. W wodzie było pełno ciał... lecz nie tylko. Zdesperowani żołnierze chcieli wejść na pokład łodzi, błagali aby ich zabrano.
- dobij do brzegu Wodzu - odezwał się Wilard - pójdę sie czegoś dowiedzieć i może znajdę dla was ropę - dodał
- dobrze kapitanie - odpowiedział sucho Philips - Lancy! - krzyknął - idź z kapitanem Wilardem - rzucił do niego - tylko wróć szybko!
Po paru minutach byli już na brzegu. Wilard i Lancy zeszli na ląd i wolnym krokiem poruszali się do przodu. Lampy z mostu i ogień palących się ciał oświetlał im drogę. Panował tam totalny chaos. Gdy doszli do okupu biegnącego równolegle do linni drzew, spotkali młodego żołnierza.
- wiesz, kto tu dowodzi? - zapytał Wilard
- a nie pan? - odpowiedział pytająco żołnierz
Wilard od razu rozumiał że nic tu nie zdziała. Postanowił iść dalej obok okopu. Lancy wskoczył do rowu i próbował dotrzymać kroku kapitanowi, pod jego stopami znajdowało sie dużo trupów. Gdy jednak ustał na jednego z nich ten się zerwał i złapał młodego szeregowego za nogę
- stanąłeś mi na twarzy! - krzyknął żołnierz
- myślałem że jesteś martwy - odpowiedział przestraszony Lancy i uciekł
- to źle myślałeś - rzucił za uciekajacym Lancym
Wilard i Lancy dotarli do stanowiska karabinu maszynowego. Młody, czarnoskóry mężczyzna bezustannie strzelał w stronę drzew.
- żołnierzu! Kto tu dowodzi? - zapytał ponownie Wilard
- umierajcie skurwiele! - krzyknął operator karabinu - słyszy ich Pan? - odwrócił się do Wilarda i spytał - skurwiele wciąż tam są - dodał - słyszę ich
Obok niego leżał następny młody rekrut. Wilard wskoczył do okopu i usiadł obok niego.
- może wiesz kto tu dowodzi? - zapytał bez nadziei
- myślałem że Pan - odpowiedział chłopak paląc papierosa - heej! Tom! - krzyknął do operatora karabinu - zawołaj Billa
Bill posłusznie wykonał polecenie i pobiegł gdzieś dalej z okopem. Wreszcie Wilard usłyszał krzyczących żołnierzy gdzieś w dżungli. Po paru minutach zjawił się wysoki mężczyzna z wyrzutnią granatów w ręku. Spokojnie wymierzył i wystrzelił. Gdy ładunek wybuchł nastała cisza, strzał był celny. Wilard wstał i podszedł do strzelca
- wiecie kto tu dowodzi? - zapytał
- tutaj? Hah - zaśmiał się wysoki mężczyzna - jak tu tylko strzelam - dodał odchodząc
Po dwudziestu minutach Wilard i Lancy byli znowu na łodzi. Kapitan oznajmił że nie dowiedział się niczego i ruszył dalej sam.
[/hr]
Wilard obudził się w dziwnym pomieszczeniu, jakby kontener. Nie pamiętał co się stało... jedyna myśl jaka przychodziła mu do głowy to że został złapany i ogłuszony. Nagle drzwi do kontenera otworzyły się i Wilard zobaczył łysego, dobrze zbudowanego mężczyznę. Za nim stała duża grupa tubylców z dżungli
- jestem pułkownik Walter Kurtz - powiedział śmiałym głosem - a wy? - zapytał zaciekawiony
- kapitan Benjamin Wilarda sir - odpowiedział posłusznie Wilard
- Wilard... - powtórzył Kurtz jakby szukając czegoś w pamięci - jesteś zabujcą Wilard?
- jestem żołnierzem - zaprotestował kapitan
- ani jednym, ani drugim - powiedział Kurtz - jesteś chłopcem na posyłki wysłanym przez sklepikarzy z zaległym rachunkiem - dodał - będziesz wolny, lecz pod strażą.
Po kilku godzinach zapadła już noc. Wilard i Kurtz siedzieli w niewielkim pomieszczeniu gdzie panował mrok, jedynie niewielka świeca oświetlał pokój. Ledwo widoczna twarz Kurtza wydwała się jeszcze bardziej demoniczna.
- mówili, że pan kompletnie oszalał, a pańskie metody uległy wypaczeniu - zaczął Wilard
- i co, uległy kapitanie? - zapytał Kurtz patrząc się w ledwie widoczną twarz Wilarda
- prawdę mówiąc, nie widzę w tym żadnej metody, sir - odpowiedział zmieszany Wilard
Gdy Wilard wstał Kurtza już nie było. Kapitan wyszedł z pokoju i od razu znalazł się na zewnątrz. W jego stronę szybkim krokiem szedł mężczyzna z aparatem fotograficznym. Po paru chwilach byli już obok siebie
- jestem John - przywitał się facet z aparatem - wreszcie kolejny biały człowiek, można oszaleć z tymi dzikusami - zaśmiał się
- Wilard - odpowiedział kapitan - gdzie ja jestem?
- to? To jest jego miejsce - odpowiedział zdziwiony John - Kurtza, wiesz oni wszyscy myślą że chcesz go zabić.
Dlaczego? Dlaczego taki miły facet jak ty miałby chcieć zabić geniusza? co? Dlaczego? Wiesz, że on naprawdę cię lubi? Lubi cię. Naprawdę cię lubi. Ale coś dla ciebie szykuje. Nie interesuje cię to? Mnie to interesuje. Bardzo mnie to interesuje. Interesuje cię to? Tam się coś dzieje, chłopie. Wiesz co, chłopie? Wiem coś, czego ty nie wiesz. Zgadza się, Wilard..... ten człowiek ma czysty umysł, ale jego dusza oszalała. O, tak. On umiera, chyba. Nienawidzi tego wszystkiego. Nienawidzi! Ale ten człowiek, to… czyta na głos poezję, prawdę. I jego głos… lubi cię, bo wciąż żyjesz. Coś dla ciebie szykuje. Nie, ja ci nie pomogę. Ty pomożesz jemu, chłopie. Pomożesz mu. Chodzi mi o to, co powiedzą, gdy jego już nie będzie. Bo on zginie, gdy to zginie, gdy to zginie... on zginie! Co oni o nim powiedzą? Co powiedzą? Że był dobrym człowiekiem? Że był mędrcem? Że miał plany? Że miał rozum? Gówno prawda, chłopie! I ja im mam to wytłumaczyć? Spójrz na mnie! Spójrz na mnie! Nie! Ty to zrobisz! - powiedział szybko John
Wilard nie rozumiał w jego słowach niczego. Wydawało mu się że jest tak samo szalony jak całe to miejsce. To nie była zwykła dżungla i Benjamin teraz to pojął. Im bardziej zbliżał się do Kurtza, tym bardziej stawał sie jak on.... jak John i reszta.
- ten facet mnie oświecił Wilard - kontynuował John - on jest klasycznym poetą... wojownikiem. Jeśli umiesz trzeźwo myśleć, kiedy wszyscy w koło wariują, znaczy że jesteś wyjątkowy. Ja jestem małym człowiekiem. Ale on, on jest wielki.....
[/hr]
Po zmroku Wilard wszedł do wielkiej sali. Podszedł do ogniska i usiadł, opierając się o ścianę. Nie zauważył Kurtza który był zaraz obok.
- kazali nam szczepić Navisowskie dzieci - przerwał ciszę Kurtz - pojechaliśmy tam. Zaszczepiliśmy je. Przeciwko Heine. A potem wybiegł za nami stary człowiek. Płakał, nie mógł powiedzieć słowa. Wróciliśmy. Navisowscy żolnierze obcieli ręce wszystkim zaszczepionym. Leżały tak, na kupie. Sterta małych rączek. Pamiętam... płakałem... szlochałem jak jakaś baba. Chciałem wyrwać sobie wszystkie zęby. Nie wiedziałem co robić...
- kontynuował - żeby pamiętać, żeby nigdy nie zapomnieć... i nigdy nie zapomniałem. A potem zrozumiałem. To było olśnienie, postrzał diamentową kulą między oczy. Pojąłem ich geniusz.... bo to był geniusz. Wola, żeby coś takiego zrobić. Doskonała, prawdziwa... pełna, nieskażona i czysta. Zrozumiałem, że są od nas silniejsi, bo potrafili to znieść. Nie byli potworami.... to byli wyszkoleni żołnierze. Walczyli całym sercem, mieli rodziny, własne dzieci, potrafili kochać. A jednak mieli siłę, siłę, żeby zrobić coś takiego. Gdybym miał 10 dywizji takich ludzi, nasze kłopoty szybko by się skończyły.... trzeba nam żołnierzy głęboko moralnych Wilard, a jednocześnie zdolnych rozbudzić w sobie pierwotny instynkt zabijania, bez uczuć, sentymentów, bez osądzania. Bo sądząc ponosimy klęskę..... wiem po co tu jesteś..... groz - Kurtza wyciągnął pistolet i strzelił sobie w głowę
Wilard nie wiedząc co robić szybko wstał, po chwili jednak spadło na niego poczucie spokoju, w ułamku sekundy zniknął strach a pojawiło się ciepłe uczucie, jakby szczęścia. Benjamin zauważył że w ręku trzyma naładowany pistolet. Rzucił go na ziemię i wolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia. Gdy był już na zewnątrz zauważył ogromną grupę ludzi przed schodami. Wszyscy wyciągali do niego ręce, wszyscy widzieli w nim Kurtza.......
- groza - powiedział cicho Wilard

