31 Jan 2024, 20:32:05
Ciepły, pogodny dzień umilał czas mieszkańcom Belingam. Po opuszczeniu kolonii przez Ligę, miasto bardzo podupadło. Na targu nie było już tak wielu kupców jak wcześniej. Dodatkowo, w Belingam brakowało żywności, wody oraz leków. Emmanuel Boruka, który obecnie kontrolował miasto, zdawał się w ogóle tym nie przejmować. Lwia część zapasów przeznaczona została dla jego najemników. W końcu musiał jakoś ochronić miasta. A to, co by nie mówić, było doskonale ufortyfikowane. De Vris przesiadywał właśnie w jednej z obskurnych kawiarenek. Gburowaty kelner, niechętnie i ze zdecydowanym znużeniem, podał mu sok safo. Mieszankę liści herbaty z czarnymi owocami, do złudzenia przypominającymi czarną porzeczkę. De Vris delektował się napojem, co i raz ocierając chusteczką zabarwione usta. Rozglądając się po mieście, starał się przypomnieć sobie stare czasy. Jako dziecko wychowywał się na ulicach Belingam. Trafił tutaj z południowego Albionu. Porzucony przez rodziców, postanowił poszukać szczęścia w innym miejscu. Zamyślony Forch nie spostrzegł, gdy nagle obok usiadł mężczyzna. Wysoki, o oliwkowej karnacji, najprawdopodobniej lokalny mieszkaniec kolonii. De Vris rozpoznał gościa i badawczo rozejrzał się po okolicy.
- Masz szczęście, że przybyłeś sam - odezwał się do gościa.
- A ty nie masz na tyle rozumu, żeby się tutaj pokazywać. Czego chcesz? - zapytał tamten.
De Virs uśmiechnął się szeroko i leniwie przechylił kubek. Zniecierpliwiony i zdenerwowany gość przyglądał się temu z coraz większym poirytowaniem. Jakby nie chciał zostać nakryty, co bardzo bawiło Forcha.
- To oczywiste Tuek. Chcę ubić interes. - powiedział po chwili.
- Dlaczego miałbym robić z tobą jakiekolwiek interesy? O co Ci chodzi?
- No bo widzisz przyjacielu, twoje dojścia mogą bardzo przydać się moim zleceniodawcom.
-Lidze, hę? Nigdy nie pomogę tym parszywcom. Nie po to walczyłem o wolność Nutka.
Słowa Tueka rozbawiły De Virsa. Z głośnym śmiechem klasnął w ręce.
- Wolność! - śmiał się dalej Forch, a Tuek próbował go uspokoić.
- Poniesieni ideałami sięgneliście po broń, aby walczyć w ich imieniu. I gdzie was zaprowadziły te ideały? Ta wolność?! Jednego pana zamieniliście na drugiego. Teraz rządzi wami ten gnojek Boruka. Za Ligi przynajmniej mieliście co jeść.
Tuek przyjął jego słowa w milczeniu.
To co powiedział, wydawało mu się bolesną prawdą. Boruka wykorzystał nadarzającą się okazję i zagarnął całe bogactwo oraz miasto dla siebie. Teraz mieszkańców Belingam trawiły choroby i głód. Tuek, podczas gdy kolonią władała Liga Morska i Kolonialna, pełnił funkcję zastępcy gubernatora. W czasie gdy ten grubas Brook, ówczesny gubernator, ruchał i zapijał się do nieprzytomności, to Tuek sprawował faktyczną władzę. Był oddanym ludziom i dostrzegał zepsucie w strukturach władzy kolonii. Chcąc coś zmienić, przyłączył się do powstania. Liczył, że wypędzenie kolonistów cokolwiek zmieni.
- Co mam zrobić? - zapytał po chwili cichym głosem, jakby nie wierząc, że poddał się szpiegowi.
- Uderzyć w kogo trzeba, w odpowiednim czasie. - odpowiedział zabójca, zadowolony z osiągniętego celu.
- Tak potężna Liga potrzebuje pomocy byle chłopa? - zadrwił Tuek.
De Vris wzruszył ramionami.
- Boruka może i jest durniem, ale jego chciwość dobrze zabezpieczyła miasto. Artyleria w porcie, ciężkie stanowiska ogniowe przy bramie. No i ten wielki mur - wskazał przed siebie. - Liga prędzej czy później zdobędzie to miasto. Otoczy port, zablokuje drogę lądową. Miasto całkowicie zostanie odcięte od świata. Pomyśl tylko o ludziach Tuek. Wiem, że najbardziej ci na nich zależy.
- Masz szczęście, że przybyłeś sam - odezwał się do gościa.
- A ty nie masz na tyle rozumu, żeby się tutaj pokazywać. Czego chcesz? - zapytał tamten.
De Virs uśmiechnął się szeroko i leniwie przechylił kubek. Zniecierpliwiony i zdenerwowany gość przyglądał się temu z coraz większym poirytowaniem. Jakby nie chciał zostać nakryty, co bardzo bawiło Forcha.
- To oczywiste Tuek. Chcę ubić interes. - powiedział po chwili.
- Dlaczego miałbym robić z tobą jakiekolwiek interesy? O co Ci chodzi?
- No bo widzisz przyjacielu, twoje dojścia mogą bardzo przydać się moim zleceniodawcom.
-Lidze, hę? Nigdy nie pomogę tym parszywcom. Nie po to walczyłem o wolność Nutka.
Słowa Tueka rozbawiły De Virsa. Z głośnym śmiechem klasnął w ręce.
- Wolność! - śmiał się dalej Forch, a Tuek próbował go uspokoić.
- Poniesieni ideałami sięgneliście po broń, aby walczyć w ich imieniu. I gdzie was zaprowadziły te ideały? Ta wolność?! Jednego pana zamieniliście na drugiego. Teraz rządzi wami ten gnojek Boruka. Za Ligi przynajmniej mieliście co jeść.
Tuek przyjął jego słowa w milczeniu.
To co powiedział, wydawało mu się bolesną prawdą. Boruka wykorzystał nadarzającą się okazję i zagarnął całe bogactwo oraz miasto dla siebie. Teraz mieszkańców Belingam trawiły choroby i głód. Tuek, podczas gdy kolonią władała Liga Morska i Kolonialna, pełnił funkcję zastępcy gubernatora. W czasie gdy ten grubas Brook, ówczesny gubernator, ruchał i zapijał się do nieprzytomności, to Tuek sprawował faktyczną władzę. Był oddanym ludziom i dostrzegał zepsucie w strukturach władzy kolonii. Chcąc coś zmienić, przyłączył się do powstania. Liczył, że wypędzenie kolonistów cokolwiek zmieni.
- Co mam zrobić? - zapytał po chwili cichym głosem, jakby nie wierząc, że poddał się szpiegowi.
- Uderzyć w kogo trzeba, w odpowiednim czasie. - odpowiedział zabójca, zadowolony z osiągniętego celu.
- Tak potężna Liga potrzebuje pomocy byle chłopa? - zadrwił Tuek.
De Vris wzruszył ramionami.
- Boruka może i jest durniem, ale jego chciwość dobrze zabezpieczyła miasto. Artyleria w porcie, ciężkie stanowiska ogniowe przy bramie. No i ten wielki mur - wskazał przed siebie. - Liga prędzej czy później zdobędzie to miasto. Otoczy port, zablokuje drogę lądową. Miasto całkowicie zostanie odcięte od świata. Pomyśl tylko o ludziach Tuek. Wiem, że najbardziej ci na nich zależy.

