04 Jun 2024, 08:07:28
Aryun nie ułatwiał marszu. Gęsto rosnące drzewa uniemożliwiały swobodną podróż i orientację. Wszystko zlewało się w całość, toteż grupa co i raz błądziła i zbaczała z kursu. Gęstwina ciągnęła się tak przez dobre kilkadziesiąt kilometrów. Wreszcie pod koniec trzeciego dnia grupa wyszła na wolne pole. Rozciągła się teraz przed nimi naga równina, porośniętą trawami i niskimi krzakami. Gdzieś po środku, oddalona o kilka kilometrów, widniała wydeptana ścieżka. Ludziom Franklina jakby zrobiło się lżej. Uradowani rzucili się w swoje ramiona, krzycząc i wiwatując. Jedynie sir. Franklin zachował spokój. Ścieżka prowadziła na wschód ku majaczącym w oddali górom. To oznacza, że grupa zbyt bardzo odbiła na zachód, co znacząco oddaliło ją od celu. Musieli jednak nadłożyć drogi. Bagna Aryunu były nie do przejścia. Trzeba było odbić na zachód i kierować się na południe z nadzieją, że jakimś cudem odnajdą ścieżkę. Poraz pierwszy w swojej karierze Franklin mógł wreszcie liczyć na szczęście. Poprowadził swoich ludzi na gościniec i po dotarciu rozbili tam obóz. Wreszcie ekspedycja zaczynała się układać. Teraz wystarczyło ścieżką ruszyć ku górom Irkunu i odnaleźć przejście. Franklin przewidywał, że to zadanie nie powinno być trudne. Ścieżka wyglądała na regularnie uczęszczaną co oznacza, że musi prowadzić ona do przejścia. Uradowany nie sądził jednak, że na jej końcu mogą spotkać coś jeszcze gorszego niż błoto, głód i komary.

