11 Jul 2024, 01:10:38
Grupa żwawo ruszyła ścieżką przed siebie. Przez trzy następne dni poruszali się w dobrym tempie, pozwalając sobie na chwilę popasu. Góry Inkuru, majaczące dotychczas w oddali, zbliżały się i ukazywały swoją wielkość. Czwartego dnia grupa dotarła do rozdroży. Sir. Franklin stanął przed trudnym wyborem. Przed sobą miał dwie ścieżki. Obie prowadziły na wschód, lecz jedna z nich łukiem zmierzała ku południu i ginęła w gęstym lesie. Druga ścieżka była bardziej widoczna. Biegła przez równinę i dopiero w oddali znikała za zasłoną gęstych traw i krzewów. Na nic zdały się stare mapy. Dowódca wyprawy musiał zaryzykować i dokonać wyboru. Pierwsza ścieżka, z początku odkryta i dobrze widoczna, zdawała się prostym wyborem. Sir. Franklin nie miał jednak pewności, czy ścieżka u kresu nie odbija na północ wzdłuż gór. Po namyśle zdecydował ruszyć drugą drogą. Nie zważając na głosy buntu poprowadził swoich podkomendnych w las. Maszerowali teraz przez ściśniętą ścieżkę, z obu stron porośniętą grubymi krzakami. Optymizmu dodawały ledwie widoczne ślady kół, jakby ktoś przed paroma dniami tędy przejeżdżał. Grupa przebijała się przez duszny las, próżno wypatrując wyjścia. W nocy rozbili obóz. Oddalili się nieznacznie od gościńca i odnaleźli małą polankę. Tam rozpalili ognisko i rozłożyli namioty. Łączność wciąż nie działała i nie było szans na połączenie się z główną bazą. Racji żywnościowych również zaczynało brakować, toteż Franklin pozwoli na skąpą kolację. Po posiłku większość osób poszła spać. Dla bezpieczeństwa Fitjames rozkazał dwum ludziom pełnić wartę. Noc była spokojna, chociaż zwiadowcy donieśli o dziwnych odgłosach dochodzących z lasu. Jakby pod obozowisko podchodziła dzika zwierzyna. O brzasku grupa wróciła na ścieżkę i kontynuowała marsz na wschód. Ścieżka, początkowo kierującą się na południe, znowuż zwróciła się na północ i gnała w lini prostej ku górom. Poraz drugi szczęście dopisało staremu Franklinowi. Jednak nawet jego szczęście miało swój koniec. Po przebyciu kilku kilometrów grupa wpadła w dobrze zorganizowaną zasadzkę. Wojownicy w wilczych skórach zaatakowali z dwóch stron. Sir. John nigdy dotąd nie widział ludzi walczących z taką furią. Bywało, że rozszaleni napastnicy walczyli między sobą. Potyczka nie trwała długo. Z piętnastoosobowej grupy pozostał jedynie sir. John, kpt. Fitjames i stary nawigator Hose. Jenców wojownicy powlekli do osady w lesie, otoczonej wysokim, drewnianym murem. Wewnątrz palisady znajdowały się domy, warsztaty, stodoły i zagrody. Z kolei na samym środku górował ogromny budynek w kształcie łodzi. Przez dach ku górze wydobywał się gęsty dym. Z wnętrza budynku dochodziły głośne śmiechy, muzyka i wrzaski. Wojownicy wprowadzili ocalałych do środka, pod samo oblicze tutejszego wodza. Franklin z obrzydzeniem oglądał się na zebranych wokół ludzi. Większość była brudna i zarośnięta. Wstrętny odór potu, jadła i psich szczyn roznosił się po całej izbie. Wszyscy gapili się na nich z zaciekawieniem. Szczególnie mali chłopcy, krzątający się między dorosłymi. Nagle wódz przemówił, jednak nikt z grupy nie znał jego języka.
- hverjir eruð þið hundasynir? - zapytał ponownie mężczyzna, tym razem przybierając groźniejszą pozę.
- wybacz miłościwy Panie - zmusił się do uprzejmości Franklin. Nie zwykł do porozumiewania się z dziukasami w taki sposób - lecz nie rozumiemy.
Wódz kiwnął ze zrozumieniem głową i wskazał na jednego ze swoich. Gestem ręki przywoływał go i ten podszedł do Franklina.
- småkungar pyta kim jesteście - odparł mężczyzna.
Z wyglądu niczym nie wyróżniał się od pozostałych. Był wysoki, miał krótkie jasne włosy i bladą cerę. Zdziwiło Johna, że ten dzikus potrafi porozumieć się z nim.
- odkrywcami z dalekich stron - podjął po chwili - przybyliśmy tutaj handlować.
Mężczyzna momentalnie przełożył odpowiedź swojemu wodzowi. Ten zaśmiał się głośno i przechylił duży kufel.
- mieliśmy już tutaj kupców - odpowiedział mężczyzna, przekładając słowa wodza - mieli małe kutasy i nie potrafili pić.
Na te słowa Småkungar wstał z krzesła, ściągnął spodnie i zaczął machać przyrodzeniem na wszystkie strony. John ledwo powstrzymał obrzydzenie, choć wyczyn wodza przypadł do gustu jego współplemieńcom. Wrzawa nie trwała długo i wódz ponownie zajął swoje miejsce. Rozmowa między nim a sir. Johnem trwała jeszcze długo. Życie członków grupy wisiało na włosku i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Po skończonej zabawie odesłano ich do jednego z domów i zamknięto.
- hverjir eruð þið hundasynir? - zapytał ponownie mężczyzna, tym razem przybierając groźniejszą pozę.
- wybacz miłościwy Panie - zmusił się do uprzejmości Franklin. Nie zwykł do porozumiewania się z dziukasami w taki sposób - lecz nie rozumiemy.
Wódz kiwnął ze zrozumieniem głową i wskazał na jednego ze swoich. Gestem ręki przywoływał go i ten podszedł do Franklina.
- småkungar pyta kim jesteście - odparł mężczyzna.
Z wyglądu niczym nie wyróżniał się od pozostałych. Był wysoki, miał krótkie jasne włosy i bladą cerę. Zdziwiło Johna, że ten dzikus potrafi porozumieć się z nim.
- odkrywcami z dalekich stron - podjął po chwili - przybyliśmy tutaj handlować.
Mężczyzna momentalnie przełożył odpowiedź swojemu wodzowi. Ten zaśmiał się głośno i przechylił duży kufel.
- mieliśmy już tutaj kupców - odpowiedział mężczyzna, przekładając słowa wodza - mieli małe kutasy i nie potrafili pić.
Na te słowa Småkungar wstał z krzesła, ściągnął spodnie i zaczął machać przyrodzeniem na wszystkie strony. John ledwo powstrzymał obrzydzenie, choć wyczyn wodza przypadł do gustu jego współplemieńcom. Wrzawa nie trwała długo i wódz ponownie zajął swoje miejsce. Rozmowa między nim a sir. Johnem trwała jeszcze długo. Życie członków grupy wisiało na włosku i wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Po skończonej zabawie odesłano ich do jednego z domów i zamknięto.

